Duniya mein logon ko
Większa część dzisiejszej notki zdominowana jest przez Bollywood, więc jeśli ktoś nie chce, niech nie czyta:P.
Żyję jeszcze.
Świat się kręci a ja kręcę się razem z nim.
Od ostatniego razu tutaj troszkę się wydarzyło.
Odbyłam dwie podróże zagraniczne. Rok temu psim swędem udało mi się
polecieć z bratem i bratową do Londynu, który bardzo mi się spodobał i
który chciałabym jeszcze odwiedzić. Gdyby nie przerażała mnie jego
wielkość mogłabym nawet pomarzyć o zamieszkaniu tam.
Tegoroczna podróż była niemal jak Road Trip. Przejechaliśmy prawie
5000km, przez Niemcy, Austrię, Szwajcarię, Włochy, Francję, aż do
Hiszpanii, z przystankami w Herzogenaurach, Mediolanie, Nicei, Marsylii i
Sa Riera. Pod wieloma względami były to bardzo udane wakacje:))) Pod
kilkoma innymi mniej, ale to tylko z mojego powodu.
Pierwszy raz od 7 lat weszłam do wody. Ale jaka to była woda! Słona i
szmaragdowa, strzeżona przez zabójczą plażę z milionów kamyczków, które
na słońcu się bardzo nagrzewały i bezlitośnie parzyły stopy. Słońce
bywało równie bezlitosne, opalało i spalało. Do dziś się dosłownie
łuszczę, a takiej pustyni na ciele nigdy wcześniej nie miałam.
W Mediolanie byliśmy krótko i nie zachwyciłam się. Francja zaskoczyła
mnie bardzo pozytywnie. Szczerze powiedziawszy nigdy mnie nie ciągnęło
do tego kraju i byłam go umiarkowanie ciekawa, ale okazało się że jest
całkiem przyjemny. Miasta które odwiedziliśmy były bardzo malownicze i
zupełnie różne. W Marsylii widziałam z oddali Zamek If w którym był
więziony Edmund Dantés :)
Ale jest coś do czego trudno by mi było się dostosować przy dłuższym
pobycie w którymś z regionów nad Morzem Śródziemnym- siesta czy jak to
tam jeszcze inaczej zwą we Włoszech i Francji. Siesta to mordęga każdego
normalnego człowieka który nie mieszka w upalnym klimacie i którego
żołądek działa wg północno-wschodniego zegara, czyli jest głodny w
okolicy pory obiadowej. A nie w porze kolacji! Zdarzyło nam się kilka
razy zrobić w konia przez to. Np w pamiętnym Fréjus, do którego
pojechaliśmy SPECJALNIE po to by skosztować lokalnej kuchni w małym
miasteczku. Pech chciał że było akurat koło 16 gdy wygłodniali
dojechaliśmy do Fréjus. Z szerokim uśmiechem na twarzy zostaliśmy
odprawieni z restauracji. Musieliśmy się niestety zadowolić jakimiś
suchymi specjałami z piekarni, które, przyznajmy to szczerze, nie
powalały.
Na okoliczność Hiszpanii, która była moim marzeniem od jakiegoś czasu,
zaczęłam się na własną rękę uczyć hiszpańskiego, którego uwielbiam
słuchać i który w mowie jest równie wdzięczny. Pechowo Sa Riera, w
której stacjonowaliśmy, leży w Katalonii, gdzie funkcjonuje język
kataloński. To trochę tak jakbym miała się dogadać z kimś na Kaszubach,
ni w ząb poza standardami typu "dziękuję", "cześć", "do widzenia". Choć
jak się okazało po powrocie i takie zwroty jak "dzień dobry" brzmią po
katalońsku trochę inaczej. Dlatego trochę się sfrustrowałam w
restauracji gdy próbowałam pokonwersować po hiszpańsku a pani mnie
rozumiała piąte przez dziesiąte, mimo że w większości stosowałam gotowe
lub lekko zmodyfikowane zdania z mojej książeczki. Jakoś się
dogadałyśmy, ale nie było łatwo. Najzabawniejsze było, gdy w krytycznym
momencie, kelnerka spytała, czy mówimy po angielsku, po czym podumała
chwilę nad twierdzącą odpowiedzią i odeszła do kuchni. Może
kolekcjonowała wpisy o tym jaki procent angielskojęzycznych klientów
odwiedza lokal ;)
Czasami myślę sobie że mogłam iść na studia językowe. Gdybym mogła to
realizowałabym swoje językowe zapędy na kursach z kilku języków. Na
pewno z angielskiego i hiszpańskiego, a także z niemieckiego, który po
intensywnej powtórce powinien mi się w większości przypomnieć, bo w
chwili obecnej potrafię się już chyba tylko przedstawić.
Obiecałam sobie, że więcej nie pojadę nigdzie sama.
Wiele spraw traktuję zbyt osobiście i nie ma mnie kto wesprzeć ani obronić.
I need a man!
Necesito hombre!
Ostatnimi czasy jestem zajęta.
Z braku laku, z nudów, czy nie wiadomo jeszcze z jakiego powodu,
wróciłam do tłumaczenia napisów do filmów bollywoodzkich. Zdążyłam już
zapomnieć jaką przyjemność mi to kiedyś sprawiało. I teraz cały mój
wolny czas ograniczony jest ruchomym obrazem, napisami, obcojęzycznymi
forami, gadającym słownikiem i google. I like it!
Im więcej tłumaczę, tym częściej się łapię na tym że formułuję myśli w obcym języku, gadam do siebie po ichniemu.
Generalnie dobrze mi to robi. Czasami gadam z jednym Hindusem z Londynu
(który btw po kilku latach w Anglii mówi gorzej ode mnie mimo że
angielski jest językiem urzędowym jego ojczystego kraju!) i zauważyłam
ostatnio pewną lekkość i swobodę z jaką prowadzę romowę. Pomijając
oczywiście to że Indian Boy, jak go nazywam, jest bardzo monotematyczny i
chciałby rozmawiać wyłącznie o tym jak szaleje za mną, że chce byc moim
mężem i jak pragnie bym go odwiedziła w Londynie;) Bawiło mnie to na
początku, ale teraz bardzo męczy, więc zwykle kieruję rozmowę na inne
tory.
W każdym razie na nowo zafiksowałam się na Bollywoodzie i po raz pierwszy na imć S. Kapurze. He's perfect.
Chciałam polecić 2 filmy.
Oczywiście jestem świadoma, że jak ktoś słyszy/czyta/widzi hasło
"Bollywood" to mu się zapala czerwona lampka ostrzegawcza. Że na pewno
będą tańczyć co chwilę i śpiewać, że łzy się będą lały strumieniami, że
cukier ociekający z ekranu zasłodzi człowieka na amen. W wielu
przypadkach jest to prawda. Ale w równie wielu- nie. To tak jakby
sprowadzić Hollywood do filmów w typie American Pie czy filmów
katastroficznych gdzie jeden Amerykanin ratuje cały świat, a przecież
jest mnóstwo filmów które w ogóle z powyższym nie mają nic wspólnego.
Pierwszy film, który tłumaczyłam ostatnio to Heaven on Earth aka Videsh.
Właściwie to przetłumaczyłam go 2 lata temu, ale leżał zapomniany
przeze mnie z powodu kilku scen których nie umiałam przetłumaczyć ze
słuchu, a nie cierpię udostępniać niekompletnych napisów.
Nie jest to klasyczna historia (mnie też zdarza się sprowadzać Bollywood
do tzw klasycznej historii miłosnej, ale mnie wolno bo niejedno już
widziałam;). Nie jest łatwy. I wyzwala w człowieku mordercze instynkty.
Każe się zastanowić. Ale nie zostawia w człowieku wielkiego znaku
zapytania jak w przypadku wielu produkcji zachodnich. To trzeba lubić,
ja nie lubię się zastanawiać, lubię mieć czarno na białym. Lubię jak
mnie artysta dotyka swoją grą bezpośrednio poprzez mimikę, głos, grę
ciała a nie poprzez wydumane metafory, bezbarwne snucie się po ekranie w
milczeniu. Jak kocha niech to wykrzyczy, jak mu smutno, niech płacze
(byle nie za bardzo;), jak się cieszy- niech sobie zatańczy z tej
radości i zaśpiewa.
Heaven on Earth opowiada o przemocy w rodzinie i jej cichemu
przyzwoleniu przez poprzednie pokolenia, w myśl zasady: my to
przeżyliśmy więc widocznie tak ma być. Główna rola należy do
niedocenianej przeze mnie wcześniej aktorki, Preity Zinty. Preity jest
wspaniała. Klimat filmu powoduje że widz ogląda film w ciągłym
niepokoju, kiedy znów nadejdzie cios i z której strony. Bosz, widziałam
ten film dobrych kilka razy, z powodu tłumaczenia, które tego wymaga, a
za każdym razem mam dreszcze gdy to się dzieje.
Drugi- Kaminey/Scoundrels.
I jeszcze jeden bo darzę szczególną sympatią trailery z Kaminey :)
Ten film powinien się spodobać miłośnikowi zachodniego kina. Gdyby nie
język i fizjognomia niektórych aktorów, która wyraźnie wskazuje na
pochodzenie z Azji południowo-zachodniej, nie wydaje mi się by ktoś się
zorientował że to bollywood. W sumie, jak ktoś się nie zna na Indiach i
Bollywoodzie to może nawet nie skojarzyć z nim języka i twarzy. Film to
świetna historia gangsterska, gdzie mamy dużo bohaterów, skomplikowane
związki między nimi i historię zakręconą jak ruski słoik w którą się
wszyscy przypadkiem wplątują (ale może nie aż tak bardzo zakręconą jak
np w Snatch). A wszystko wokół koncentruje się wokół gitary. Muzyka jest
doskonała, ale nie ma stereotypowych tańców i śpiewów. Aktorstwo na
wysokim poziomie, a bohaterowie nie do końca zrównoważeni psychicznie
(mój osobisty ulubieniec to Sunil Shekhar "Chopper" Bhope). A wśród nich
wspaniały Shahid Kapoor w podwójnej roli, który nareszcie w pełni
pokazał co potrafi, udowodnił mi i przekonał mnie już w 100% że jest
aktorem i do tego świetnym. I że trzeba mi założyć jego Fan Club, choćby
jednoosobowy;)
A pomyśleć że tak go kiedyś publicznie objechałam za jeden film.
Przy okazji polecę jeszcze jeden film tej samej reżyserki co Videsh- Water
Bardzo poruszająca historia mówiąca o życiu wdów w Indiach. Co prawda,
toczy się ona na początku XX wieku, ale wciąż tak się dzieje!
Znikam bo mam kolejny film do przełożenia :)))
ray-of-light 2011-09-19 19:30:42 skomentuj (0)
Wieczór panieński - ho ho tak tak
Jesień nadeszła, trochę zbyt szybko i trochę zbyt chłodna.
Liście jeszcze nie opadają na potęgę ale to kwestia czasu, aż pewnego dnia obudzimy się, wyjrzymy za okno i się okaże że drzewa już do połowy gołe.
Kiedyś znana byłam z tego wśród pewnych ludzi że zmieniałam swoje radykalne poglądy o 180 stopni na różne sprawy w pewnych dłuższych okresach czasu:P
Teraz tez tak mam, jedynie zmiany mojego zdania następują jakby szybciej.
No bo kiedyś nie lubiłam jesieni.
A teraz chyba lubię, o ile nie pada zbyt mocno.
Za to zima mnie przeraża i jak sobie w największe tegoroczne upały przypomniałam jaki miałam śnieżny widok za oknem i to okropne uczucie gdy człowiek wychodzi z ciepłego domu, okutany, na dwór, to zasłabłam. Upał też mnie osłabiał, ale wole upał!
I ostatnio się przeraziłam lekko, to tak a propos zdania na temat dzieci, bo mi się poluzowały obwody w głowie, tworzą się jakieś nowe połączenia czy co? i pomyślałam o potomstwie. Do momentu gdy faktycznie stanę przed takim dylematem pewnie ze 100 razy jeszcze zmienię zdanie w te lub wewte, ale teraz przechylam się nieznacznie na TAK, ale GDZIEŚ TAM KIEDYŚ czyli w sumie MOŻE.
Moi współlokatorzy się ohajtali. (A ja niedawno wpadłam na to skąd się wzięło takie wdzięczne określenie na branie ślubu)
Tegoroczny, osobisty mój, sezon ślubny uważam już na szczęście za zamknięty.
Siedzę w dole finansowym z tego powodu i jakoś nie mogę wyjść.
3 śluby i jeden wieczór panieński to dla mnie zbyt wiele:P.
Świadkowałam.
Ale chyba wolę być szeregowym gościem.
Organizacja wieczoru panieńskiego była ciekawa, choć jednostki potencjalnie zainteresowane były mało współpracujące co mnie doprowadzało do pasji. Dodatkowo Panna Młoda jest dość trudną osobą. I nie udało się zrealizować pierwotnego planu czyli striptizera.
Ogólnie było skromnie z powodu skromnej liczby osób i co za tym idzie, skromnych finansów.
Miał być barman - ale drogo.
Miał być masaż - ale nie było.
Miał być przejazd zabytkowym autobusem albo samochodem - ale nie było wolnego terminu albo za drogo.
Uch.
Ale plan się nie powiódł nie tylko z powodów finansowych;).
Panna młoda poległa w walce.
A mało brakowało że ja bym poległa w trakcie przygotowań. Nie obeszło się bez obrażeń.
Dzień jak z kiepskiej komedii pt "Sądny dzień wieczoru panieńskiego. Z życia świadkowej - monodram".
Zaliczyłam wszystkie nieszczęścia świata, a przynajmniej miałam takie poczucie.
W piątek dzień przed, zrobiłam zakupy i przytargałam do domu. A było tego sporo. Latałam do kilku róznych wielkich sklepów kilka razy i się nanosiłam. Zrobiłam farsz ze szpinaku i upiekłam biszkopty na tort.
W sobotę miałam sprzątać, zrobić tort i jedzenie.
Nie chciałam tortu w kształcie penisa bo mnie takie torty specjalnie nie jarają:P
Wolałam zrobić coś innego i padło na pana z gołym torsem i w bokserkach, jednakowoż z wiadomymi szczegółami anatomicznymi.
Wycięcie kształtu pana nie było wielkim problemem, pomijając że nie mam zdolności rzeźbiarskich i nie był to pan którym by się z chęcią zaopiekowała każda pani. Jakoś tam przypominał faceta. Masę zrobiłam, przełozyłam, było dobrze. Następnie było smarowanie dżemem całości jako podkład pod plastyczną masę którą miałam pokryć tort.
Fajny mam nóż. Taką koso-maczetę. Tata mi dał, jak wyjeżdżałam na studia na pierwszy rok. Ile to będzie już? 7 lat. Tego ranka go porządnie naostrzyłam by ładnie mi pociął biszkopty. I smarowałam nim dżem. Dobry był dżem, o smaku owoców leśnych. Tyle go na nożu zostało, szkoda zostawić. No i polizałam.
Potem postałam w łazience kilkanaście minut i wypluwałam do umywalki nadmiar krwi.
Nic to nie dawało więc wpadłam na super pomysł że possię kostki lodu to się zatamuje. 3 kostki zużyłam ale przestało.
A jakby tego było mało, głupia masa plastyczna z którą pracowałam pierwszy raz, nie chciała w ogóle współpracować. Darła się.
W końcu udało mi się położyć ją jakoś na ciasto. Ale się nagle zorientowałam że coś to dziwnie wygląda i czegoś brakuje. No tak, a gdzie banan i dwie kulki?! Ściągałam z kurwą na ustach. W dodatku było jej za mało, strasznie cienka mi wyszła i po bokach było trochę poszarpane.
Tort gotowy, no to sprzątam. Jedzenie miałam zaplanowane z tych co krótko przed imprezą się robi by świeże było, no bo kto lubi rozmoczone kanapki:/.
Ogarnęłam swój pokój i zabrałam się do łazienki.
Przydałoby się kuwety kota posprzątać. Ochoczo się zabrałam do pracy, wywaliłam żwirek do kibla, jak zwykle to robię, ale jak nie-zwykle się dzieje - zapchało się.
Następne 3 godziny walczyłam z zatkanym kiblem, to gmerając kijem od mopa, to ręką w rękawiczce
, to szlochając do telefonu tacie, to latając raz po raz po różnych sklepach i nabywając drogą kupna różne środki, nieskuteczne albo nie do użycia w toalecie.
Tragedia! Impreza a tu kibel zapchany! Jak tu funkcjonowować w takich warunkach!
I tak sie miotałam nie wiedząc co zrobić, aż w końcu z wściekłością
zaczęłam tłuc szczotką do kibla w ten otwór i sie przepchało:D.
No ale było już po 16 a na 18:30 impreza.
Wpadłam w popłoch, raz mi się wydawało że spokojnie zdążę bo przecież mogę się spiąć, a raz mi się wydawało że to kaplica, nie zdąże i dupa.
Zaczełam latać wściekle po domu i sprzątać co popadnie. Na koniec wlazłam pod prysznic by podłogi mogli wyschnąć no i żebym ja zaczęła przypominać ludzi, a było jakoś 15 po piątej.
Jak byłam w łazience to przyszła kolezanka do pomocy.
Wyleciałam z łazienki z mokrym i potarganym łbem, w jakichś dyżurnych ciuchach o 17:30.
Menu na wieczór: Francuskie ciastka-guziczki ze szpinakiem i z serem, szynką i pieczarkami.
Sałatka z kolorowych warzyw i do tego grzanki czosnkowe
Kanapki z twarożkiem chrzanowym i z warzywami.
Koreczki pomidorkowo-mozzarellowo-bazyliowe.
Drink arbuzowy, mojito, cuba libre, pina colada.
W kuchni zaczęłam sieę dwoić i troić nad ciastkami, kroiłam zawzięcie warzywa na sałatkę i na kanapki.
M. dekorowała salon białymi i różowymi balonami. I srebrną serpentyną.
Nagle, nie wiadomo kiedy, zrobiła się 18:30 i zobaczyłam przez okno w kuchni Pannę Młodą z goścmi na imprezę.
Na szczęście PM była z podróży i potrzebowała trochę czasu na przebranie, umycie itp.
Ja też potrzebowałam;) Wyskoczyłam więc i w tempie ekpresowym się ubrałam, pomalowałam i przyczesałam kołtun na głowie.
Zaangażowałam gości do pomocy i robiły koreczki, gdy M. robiła kanapki i sos do sałatki, a ja miksowałam zmrożonego arbuza z wódką. A ciastka sie piekły.
W końcu zaczęłyśmy jakoś po 19.
Toastem arbuzowym drinem, mocnym jak pieron
i włożeniem na szanowną głowę Panny Młodej, cudnej urody plastikowego diademu.
Drink arbuzowy zapychał fiutkowe słomki.
Pogryzałyśmy coś, gadałyśmy i śmiałyśmy się, było fajnie i luźno.
Ja wyskakiwałam do kuchni z M i robiłyśmy drinki.
Potem nadszedł czas na tort i PM musiała zdjąć panu gatki zębami.
Na szczęście tort smakował lepiej niż wyglądał;).
Musiałyśmy zwiększyć tempo bo o 21:20 miałyśmy autobus do Johnnego Rockera.
Szybkośmy się wstawiły.
Zaczęły sie konkursy. Przygotowane przez mła w wersji minimalistycznej byśmy się nie zmęczyły. O ironio!
Rzuciłam kieliszkiem na stół i się zaczęło.
Wiązanie krawata - oblane - karniak.
Składanie koszuli - ja bym zaliczyła, ale inni sędziowie byli bardziej surowi - oblane - karniak.
Konkurs kulinarny - zaliczony po części, surowe jury niektóre odpowiedzi uznało połowicznie - były karniaki.
Test wiedzy o narzeczonym - niestety w większości oblany
Pan młody takich odpowiedzi udzielił na swój temat, że w pewnym momencie zaczęłam podpowiadać i konkursowo traktować co drugie pytanie bo się robiło niebezpiecznie.
Surowe jury ciągle sie darło - PIJESZ!
Najgłosniej darła się koleżanka która swój wieczór panieński miała 2 lata temu. Cwaniara
Każdy konkurs był nagrodzony bez względu na wynik. PM otrzymała narzędzia niezbędne do utrzymania domu i męża w ryzach;)
Dwumetrowy pejcz, pałkę do ciasta i różową miotełkę do kurzu.
Dodatkowo po teście pytań miał być poważny prezent czyli zestaw pościelowy.
Ale zapomniałyśmy o nim bo było już późno i trza było wyjść.
No ale z PM było kiepsko.
Ledwo stała na nogach.
Doprowadziłyśmy ją jakoś do automatu z biletami który znajdował się 2 przystanki od domu i leżała mi na kolanach pod wiatą na przystanku. Myślałam że jakoś wydobrzeje.
W autobusie sie okazało jeszcze kiepściej już na drugim przystanku i musiałysmy wysiąść.
Pokręciłyśmy sie tam chwilę po czym padła decyzja że dziewczyny jadą do
knajpy, bo jednak szkoda kończyć dobrze rozpoczętą imprezę no i
rezerwacja by przepadła, a ja odwożę PM do domu.
Odwiozłam, położyłam spać i pojechałam do knajpy, w której było fajnie ale byłoby lepiej z panną młodą.
Czułam się winna. Ale już mi przeszło.
Bo w końcu PM jest dorosła i mogła odmówić picia. Każdy by zrozumiał powody.
Ja bym na pewno odmówiła bo zawsze przy różnych zabawach odmawiam gdy czuję że może byc nieciekawie.
Drugiego dnia starałam się jakoś wynagrodzić PM wydarzenia poprzedniego wieczoru.
Zrobiłam barszcz biały na śniadanie.
Potem grzanki z mozzarellą, pomidorami i bazylią na obiado-kolację.
No i tak to było.
Nie bierzcie mnie na świadka bo cało z tego nie wyjdziecie:P
ray-of-light 2010-09-05 11:13:17 skomentuj (5)
in da movie;)
Czy czujecie się czasem jak w filmie?
Ja tak mam czasami.
Szczególnie, i w sumie tylko wtedy, gdy idę miastem ze słuchawkami na uszach.
Znamy to wszyscy, takie sceny z filmów.
Bohater idzie ulicami, uśmiecha się do siebie, myśli jak mu dobrze i jaki świat jest piękny, albo towarzyszy mu melancholijny nastrój.
Czasem tak mam:P. Zupełnie bez powodu włącza mi się taki film.
Fajnie się wtedy idzie, raźnym krokiem, do rytmu, chce się śpiewać.
Czasem mam ochotę zatańczyć. I bywa że przyłapuję się na tym gdy stoję przy półce sklepowej i kontempluję jakiś produkt, nucąc pod nosem i kręcąc kuprem.
Ale nie przy każdym utworze mam takie filmowe wrażenie.
Obecnie mam w głowie chyba ze trzy. Open Season - Foremost Poets Jungle Drum - Emiliana Torrini Pleasure Zone - Christian Henson & Marcos
D'Cruze
BTW czy to obciach sobie śpiewać bezgłosnie jak się słucha muzyki poza
domem?
Ostatnimi czasy nie miałam kompa przez 3 tygodnie.
Życie bez komputera to masakra:P.
90% domowych zajęć koncentruję na komputerze.
Myślałam sobie: spoko, będę robiła mnóstwo innych rzeczy, na które nigdy nie mam czasu przez niego.
O, na przykład poćwiczę sobie TB. Zawsze sobie obiecuję że będę cwiczyła w domu a rzadko to robię, albo w ogóle. Tia, tylko że muzyka jest na dysku. Mam płyty nagrane! Tia, tylko że wieża ze starości zapomniała jak się płyty odtwarza.
No dopsz, to obejrzę sobie zaległe filmy i seriale. Uhm, tylko na czym.
Słucham więc radiowej trójki przez normalny odbiornik, ale w salonie, bo u mnie nie działa antena:/. Mówią o czymś ciekawym, zaraz chwyta mnie chęć by sprawdzić coś w google. Ale dupa.
Czytam więc książkę. Murakamiego odkryłam. Podoba mi się, chciałabym poczytać o autorze, poczytać o wrażeniach innych ludzi po przeczytaniu. I znów dupa.
Ani nie pogadałam z ludźmi, ani nie czytałam niczego, ani nie oglądałam, ani nie słuchałam ulubionej muzyki, nie pograłam sobie w Simsy;).
Za to spędzałam więcej czasu ze współlokatorami.
Byłam nawet w miarę na bieżąco z M jak Małpą, Barwami Szczęścia, Bulionerami i Licencją na Wychowanie. To słabe, wiem:P
Zajęłam się soba bardziej, w sensie, tu się wypilingowałam, tam wysmarowałam.
Po mieście łaziłam trochę.
I przeczytałam 7 książek w tym czasie.
Czułam się jak bez ręki czy nogi:P.
Brak telefonu bym może mniej odczuła.
I to nie jest nawet kwestia uzależnienia czy coś, choć oczywiście niektórzy tak twierdzą. (Jednakowoż siedzenie na kanapie i słuchanie radia nie jest dla mnie rozrywką roku, albo spanie, a niektórzy to właśnie robią najczęściej:P)
Jest to kwestia tego że komputer łączy w sobie wiele możliwości, zastępuje mi wiele urządzeń.
Choć trochę uzależniona też jestem, przyznaję to:P
Za tydzień ślub i wesele kuzyna. Sama idę.
Jeszcze nie mam kreacji, ale mam na nią pomysł. Muszę tylko odzyskać moją sukienkę czarną i dać ją do przerobienia, szczególnie do dorobienia długości, gdyż zupełnie niekorzystna jest ta obecna dla mych kolan.
Odzyskanie sukienki nie będzie niestety takie łatwe, gdyż od 3 miesięcy jestem w separacji z jedną osobą, aktualną posiadaczką owej sukienki. A w sierpniu świadkuję i dziś wzięłam się za organizację wieczoru panieńskiego. Będzie striptiz!! :D
O ile oczywiście znajdę jakiegoś sensownego pana-rozbieracza, ponieważ ci których znajduję są albo obleśni albo nie z Poznania:/.
Wiosna się zieleni, maj się mai.
A poziom Warty wynosi na dziś 606 cm, 156 powyżej stanu alarmowego.
ray-of-light 2010-05-28 18:40:12 skomentuj (1)
wiosna panie.
Zakurzyło się tu trochę.
Nietoperze latają.
Bogate życie mam.
Ostatnio;).
Biegam tu i tam.
A to na Taniec Brzucha, w którym na nowo się zakochuję każdego tygodnia.
A to do kina, a to do kogoś na cały dzień, czy gdzieś na miasto.
Mode: "Kulturalna Rozrywka" bądź "Program Poznawania Nowych Knajp".
Częściej mnie w domu nie ma niż jestem. Dziwne to.
Towarzyska bardziej jestem.
I cieszą mnie wyjścia.
Choć wciąż jestem domatorem, który lubi rąbać w Simsy:P.
Muzyki słucham częściej. Never mind the Balkans.
Seriali oglądam nie tak dużo i miewam nieustające zaległości.
Książki czytam różne. Dla rozrywki.
Baśnie z tysięcy i jednej nocy.
Znów jestem na diecie:P.
W perspektywie roku mam co najmniej trzy śluby i cieszy mnie to.
Kroi się też jedna fajna mała przygoda w miejscu, w którym jeszcze mnie nie było, a chciałabym.
Włosy wciąż zapuszczam do pasa, a one wciąż są takiej samej długości około łopatek.
W obwodach maleję i rosnę.
Depiluję nogi i smaruję się różnymi substancjami.
Nie tak często jakbym chciała - gotuję i piekę dla czystej przyjemności. Czy dla kogoś.
Codzienne obiady, śniadania, kolacje.
Kupuję książki kucharskie kuchni obcych.
Blogi kulinarne oglądam.
Ale czasem jest specjalna okazja i wtedy jest mi dobrze.
Chciałabym nakarmić ludzkość;).
Mieć przytulne comedor albo cafetería. Hablar espanol.
Od września planuję zacząć nowy kurs tańca.
Jeszcze mnie kiedyś zobaczą na scenie;).
Znów byłam na Śnie i chciałabym jeszcze nie raz być.
Za każdym razem mnie czaruje. Za każdym razem jest inaczej.
Widzę pomyłki, potknięcia, ale także nowe elementy, poprawione. Fajnie:).
Przygotowuję się też w końcu na inne spektakle.
Głaszczę kota, drapię za uchem.
Mruczymy.
Miauczymy.
Wyglądamy liści i śpiewu ptaków miedzy czwartą i piątą nad ranem.
Wiosna ludzie.
ray-of-light 2010-04-15 21:33:50 skomentuj (3)
Światowy Dzień Kota
Z okazji Giornata mondiale del gatto, życzę Wam i Waszym futrom wszystkiego najlepszego
Mój kot, w pozie adekwatnej do pogody, też życzy
(Choć fotka stara sprzed roku chyba)
(I mam dobrą wiadomość! 12. marca znów idę na Sen Nocy Letniej! )
ray-of-light 2010-02-17 19:15:42 skomentuj (1)
bla bla bla a rok się kończy powoli
Już tak z miesiąc chodzę wokół bloga i myślałam co by tu naskrobać, a
jak już wymyśliłam to napotkałam ważkie przeszkody. Parę dni temu nawet
udało mi się znaleźć bardzo proste i w sumie oczywiste rozwiązanie dla
tego problemu, coś tam napisałam, ale znowu sesja mi wygasła i nic się
nie zapisało, więc z sił opadłam.
Wciąż mam zaległości w postaci Falubazu, ale minęło już prawie 5
miesiący (sic!) odkąd powzięłam pierwotnie zamiar napisania wrażeń po
meczu. Taka musztarda po obiedzie się zrobiła, mocno zwietrzała.
No trudno.
Ale za to wciąż jestem trochę świeżo po ostatnim spektaklu Snu Nocy Letniej:) (no co:P dopiero minął miesiąc i 8 dni:P) I raczej nie trzeba dodawać że bilety znów zdobyte cudem. Doprawdy nie powinnam się sugerować tym że za pierwszym razem bilety były jeszcze dzień wcześniej. To był wypadek przy pracy losu, niespotykane wydarzenie, wybryk natury.
Boziu boziu, kocham to przedstawienie:P. Książkę przeczytałam już kilka
razy (udało mi się zdobyć w końcu takie tłumaczenie jak w sztuce),
przewałkowałam w te i wewte, niektóre teksty znam na pamięć.
Teraz jak już ważni ludzie widzieli to mogę spokojnie wkleić
filmik, a tak nie wklejałam bo chciałam elementu zaskoczenia.
No chyba żeby ktoś grzebał w sieci, a znam takich co sobie zwykle psują
przyjemność oglądania wszystkiego w ten sposób. Tzn przyjemność przeze
mnie pojmowaną, bo dla nich przyjemnością jest ofkoz komfort posiadania
wiedzy i brak niespodzianek (opróćz BrzydUli:P wiem już wszystko:P).
Ale oto i film:
A tymczasem uczę się Raqs Sharqi;)
I porywa mnie to coraz bardziej.
Od stycznia znów się zapisuję na zajęcia.
To mnie ostatnio kręci:
Szaleńczo bym chciała opanować taki styl. Póki co na razie muszę
szlifować ruchy z tańca klasycznego zanim zabiorę się za powyższą
sztukę. I te stroje, ach! Nie takie cukierkowe i kolorowe jak w
klasycznym belly dance czy w bollywood (choć wciąż kocham ofkoz:P), ale
często czarne z domieszką jakiegoś koloru, pełno monet, biżuterii,
sztucznych kwiatów, długich sznurów i warkoczy, frędzli, dzwonków,
pomponów, muszelek, dredów i innych takich.
I niech Was nie zwiedzie pozorna prostota ruchów;)
Moja mama na wieść że chodze na kurs TAŃCA, a nie na "brzuszki" (hmm)
powiedziała: a to nie jest aerobik? No jak mówiłam że na taniec brzucha
to nie wiem czemu usłyszała brzuszki i pomyślała że to aerobik.
Bo
w tym tańcu tylko się stoi i mało ruchu. Spróbowała by zrobić
podstawowy akcent biodrem to by jej mina zrzedła:P. A po godzinie
akcentów by padła.
I na pod-koniec mały żarcik
A mój kotek chyba mnie kocha
Zaczął spać na moim łóżku w nocy, znaczy blisko mnie:)
Przez 2 miesiące sypiał pod łóżkiem, na szafie pod sufitem albo w
szafie (której drzwi sobie spryciula otwiera sam), a teraz śpi mi w
nogach. Znaczy bezpiecznie się czuje. I pogłaskać się przychodzi. I
robi wszystko tam gdzie trzeba (ODPUKAĆ).
Dostałam dziś też paczkę świąteczno-żywnościową od Nestle-Winiary:) Fajno:)
Od tych drugich to jedynie kopa w tyłek mogę dostać pewnie.
Aktualna pogoda w Poznaniu: -11 stopni, porywiste wiatry. W głośnikach:
Bohemian Rhapsody - Queen i Manea-K - Max Pashm. Nos trochę boli, pić
się chce, spać też trochę, świeczki jabłkowe zgasły, prezenty
zamówione, choinki brak, kot śpi. Śpiewam szeptem bo późno.
ray-of-light 2009-12-18 01:53:30 skomentuj (1)
Miało byc o czymś innym...
...ale dziś kropla przelała kielich!
Nie od dziś wiadomo że alergię mam na wszelkie przejawy prac ogrodowych.
Jestem chora jak mam tam iść, grzebać w ziemi czy robić inne beznadziejnie nudne rzeczy.
Przebrała się miarka!
Z okazji że moi rodzice pojechali na wakacje, ja przyjechałam do domu popilnować kota, swojego skądinąd.
I otrzymałam na kilku karteluszkach instrukcje dotyczące moich tygodniowych obowiązków.
Bo przecież nie moge się nudzić ani przez chwilę.
Skoro i tak będę w domu to mogę umyć okna, wyprac firanki, poprasować, zrobić pranie, podlac kwiaty, zerwac fasolkę szparagowa a potem obrac, pokroić i zamrozić, zerwać ogórki i pokisić, zerwać borówki, wyrwac cebulę i wystawić do suszenia, skosić trawnik, dwa razy dziennie wnosić i wynosić cebulę z narzędziówki żeby obeschła.
Oprócz tego jakies zakupy, płacenie rachunków, wycieczki grzecznościowe tu i tam. Bez samochodu ofkoz.
No i szlag mnie dziś trafił.
Wszelkie okropne prace działkowe zostawiłam sobie na dziś, zaplanowałam że spędzę tam dziś trochę czasu od rana. Oprócz tej cebuli co ja codziennie wynoszę do suszenia i za która moje plecki każdego ranka mi dziękują.
W wielkich bólach wyciągnęłam kosiarkę z narzędziówki, która była dziwacznie schowana, i po drodze musiałam ominąć sterty ogromnych pająków...
Mało tego. Gdy wyciagnęłam ogromny zwój kabla i go rozwaliłam (na oko jakieś 2 km miał), okazało się że to są dwa zwoje więc jeden od razu zaczęłam zwijać.
W końcu uruchomiłam kosiarrrę, która wygoliła dwie ścieżynki na tafli trawnika, malowniczo, jedną na południowy zachód a drugą na zachód, po czym jękła i zdechła. Uroczo.
Porzuciłam sprzęt ciężki po czym wziąwszy kobiałkę poszłam w ogórki. Ogórków było mało na szczęście i dopiero pod koniec mi się przypomniało że mam dziwaczne uczulenie na te łodygi i liście i że od kontaktu z nimi mam straszna wysypkę na rękach.
Ale to jeszcze nic. Po gołych stopach przemknęły mi jaszczurki!!! Na oko, przelotne spojrzenie- żyworódki.
Mam takie dziwactwo że zbieranie czegokolwiek idzie mi dobrze i w miarę sprawnie do pierwszego napotkanego pająka, pierwszego ogromnego i wstrętnego robala czy inszych stworzeń z którymi kontakt bezopśredni jawi mi się jako najgorszy koszmar.
No to sobie pomyślałam, że już po zbieraniu.
A gdzie cebula, nieszczęsne borówki!
Ale dzielnie stałam w tych ogórkach i z wysokości około 160 cm wypatrywałam w gąszczach dorodnych okazów, po czym unosiłam w dwóch palcach łodyge i szybko zrywałam. Tak mi minęło pół pola.
Ze zrywania cebuli zrezygnowałam. Rosła w pietruszce (doprawdy nie wiem co to za pomysły), której gąszcz skutecznie mnie odstraszył przed wkładaniem tam rąk (tym bardziej że tam się schowały owe jaszczurki).
Zerwałam jeszcze kilka pomidorków, zupełnie z własnej woli!
Na koniec mej przygody z działka na dziś, wyruszyłam na poszukiwanie borówek.
Miały rosnąć gdzieś w kwiatach, blisko płotka.
Tylko że tych kwiatów były miliony, wiekszośc wyglądała jak chwasty, koło płotka właściwie rosły wszystkie i nie było tam nic co by przypominało choć trochę borówki amerykańskie.
Trzy razy obeszłam te badyle z nosem przy ziemi niemalże i borówek nie znalazłam, więc albo sie mamie przyśniło że je siała albo zasiała je w kwiatach przy płotku u kogos innego. Bo u nas zdecydowanie ich nie ma!
Tuż przed pójściem do domu kosiarkę posłałam kopniakiem do narzędziówki.
I niestety musze tam wrócić wieczorem by te skrzynki z cebulą wsadzić do środka:/
Żeby było śmieszniej to dla zabicia czasu i wątpliwej rozrywki klikam sobie w gierkę, która polega ni mniej ni więcej na pracach działkowych:P. Sieje się, podlewa, zbiera i sprzedaje. Pasjonujące.